Kategorie: Wszystkie | Afryka | Azja | Bliski Wschód | Europa | FOODIE | Nie-Codzienność
RSS
czwartek, 29 listopada 2007
Tam, gdzie niebo styka się z piaskiem... Trwa na dobre moja samotna podróż autostopem przez Maroko. Jakoś nie jestem w stanie wyjechać stąd, z Sahary... Niebo i ziemia, piasek, wiatr i słońce, zapach życia w powietrzu... Tak dużo się działo przez ostatnie dni, że nie sposób tego streścić w kilkudziesięciu zdaniach. Z Dakhli, po przepysznym śniadanku z sosem autorstwa kochanego Salaha i po pogawędce z Kristin – co nigdy nie jest krótkim epizodem – złapałam stopa najpierw do posterunku żandarmów i po miłej pogawędce z panami i powtarzającym się wciąż tu, w Maroko, pytaniu: „Hm...A czy masz męża, czy nie?”, poszłam sobie pieszo pustynią. Daleko od drogi, od cywilizacji; magia bezdroży Sahary! Cisza i pustka, a w tej pustce największe bogactwo. Milion myśli i brak myśli zarazem. Wszystko i nic. Przeżywanie. Czułam się tak niematerialnie – przezroczysta, przesiąknięta Saharą, niebem i wiatrem. Gdy wróciłam na trasę (lepiej powiedzieć – wąską dróżkę służącą jako główna droga),
środa, 28 listopada 2007
Czyli wspomnienia z Dakhli:) Dojazd do tej miejscowości trwa długo. Jest to ostatnie marokańskie miasteczko przed granicą z Mauretanią, mimo, że jest od niej oddalone o ok. 500 km. Dakhla leży na krańcu długiego półwyspu, wcinającego się na 40 km w morze. Koszarowa atmosfera miasta przywodzi na myśl czasy obozów zagłady... Wszędzie armia, wszędzie kontrole, wszędzie zakazy i druty kolczaste. Nawet dostęp do morza jest zamknięty murami i drutami, a udostępniona jego część to niewielki kawałek... Dla mnie to zbyt sterylne miasto, zbyt zniewolone. Dziś pojechałam z mojego campingu do Dakhli (6km) autostopem z dwoma Holendrami. Spacer po mieście i ciągłe: „No foto!” od żołnierzy obstawiających miasto. Nie udało mi się wkraść do portu, by zrobić zdjęcia statkom z bliska, bo żołnierze dorwali mnie przy bramie:) Ale chociaż poczucie humoru mają fajne:) Powrót na camping petit taxi, w której stargowałam dojazd z 15 na 5 dirhamów (coraz lepiej idzie mi targowanie), a na koniec
czwartek, 22 listopada 2007
„Nie pędź jak Ferrari” - usłyszałam w wiosce M'hamid:) Tu życie płynie inaczej niż w miejscach, w których byłam wcześniej tu, w Maroko. Mała wioska przy Saharze, wrota do pustyni. Cały wczorajszy dzień tu jechałam i dopiero wieczorem byłam na miejscu. Po drodze kilka oaz, gaje palmowe, doliny i wzgórza. Na miejscu nocleg w kazbie Sahara. Dowiedziałam się, że kiedyś była miejscem ekskluzywnym, jednak gdy po zmarłym ojcu kazbę przejął syn, doprowadził ją do ruiny. Młodszy syn wziął sprawy w swoje ręce i stara się naprawić szkody. Jeden z nich jest weganem – miło było spotkać kogoś takiego tutaj:) Jednak tu nie ma życia bez kifu – haszyszu. Wszędzie czuć jego zapach... Życie na wiosce toczy na głównej ulicy. To mnie zaskakuje, że wszędzie, obojętnie na jak głęboką i rzadko uczęszczaną trasę wyjadę, jest internet! Dziś zrobiłam sobie spacer na koniec wioski, w miejsce, gdzie już zaczyna się Sahara. Oczywiście, nie obyło się bez towarzystwa miejscowych dzieci:) Dziś za 2 godziny jadę już wielbłądem na pustynię. Będę spowrotem za 2 lub 3 dni, ile tam km dalej:) Dorzucam zdjęcie żyjątka, jakie spotkałam w moim hoteliku w Warzazacie na ścianie na korytarzu:) Do tego jeszcze dwie foty z Atlas Film Studio – plan filmu „Kleopatra” i „Kundun”. Poza tym foty z M'hamidu i mapę części mojej podróży po pustyni:) Pozdrawiam cieplutko:)
wtorek, 20 listopada 2007
Tak mówią Marokańczycy pytani o miasto Warzazat. Dotarłam tu wczoraj, po 5-6 godzinnej jeździe marokańskim autobusikiem przez przepiękne góry, przełęcze i doliny. Drogi na skałach tak wąskie, że czasami aż strach, ale już przywykłam do stylu prowadzenia pojazdów przez Marokańczyków i Berberów, a także do ich zasad, a właściwie braku zasad drogowych:) Kto pierwszy ten lepszy, również w czasie przechodzenia przez jezdnie:) Poznany w autobusie (kolejny już!) Mohammed na hasło Polska wykrzyknął: "Zajebiste!". I zaczął snuć opowieści o kazbie Ait Benhaddu (dawny zamek, forteca), do której organizuje wycieczki. "Zajebiste kazba!" - mówił co drugie zdanie:) No tak, już się powoli przyzwyczajam, że wszyscy chcą tu wszystko sprzedać lub o wszystko się wymieniać:) W Imlil Berberowie proponowali mi część wyposażenia sklepu z pamiątkami za mój plecak:) Turban za sportowe buty lub dywan za bluzę sportową - też tak można:) Warzazat nie zachwycił i do końca nie rozumiem aż takiego zachwytu Marokańczyków tym miastem. Za to Kasba Ait Benhaddu, oddalona ok. 30 km od miasta, wzbudziła podziw. Tu nakręcono "Gladiatora". Wrzucam kilka fot z tych terenów. A, właśnie - opisuję niektóre zdjęcia, lecz ich opis pojawia się dopiero, gdy się na nie najedzie myszką:) Poza tym zmniejszam je maksymalnie, bo mam tu niewiele miejsca. Wracając do tematu - Warzazat i okolice to ogólnie tereny filmowe. Są tu różne studia filmowe; dziś odwiedziłam Atlas studio - największe, w którym kręcono np. "Kleopatrę", "Królestwo niebieskie", "Kunduna", obrazy do "Pasji" i "Gladiatora", a także inne, których teraz nie pamiętam:) Piękne makiety miast, wnętrz - detale zachwycają. Niektóre makiety tworzone przez kilka miesięcy miały swoje miejsce w filmie np. ok. 3 minut:) Spokojny spacer po Warzazacie i ostatnie przygotowania, bo jutro już w stronę Sahary, do M'hamid, miasta, gdzie mieszka sporo Tuaregów, wrót do pustyni. Wielbłądy:) Piasek Sahary:) Dalej nie planuję:) Chyba rzeczywiście nie umiem planować:) A! Pierwszy autostop w Afryce zaliczony:) Pozdrawiam cieplutko i dziękuję za komentarze, za tyle dobrej energii:)
niedziela, 18 listopada 2007
No nieźle, tym bardziej, że prądu nawet za bardzo nie ma w większości domków. Wczoraj dotarłam w góry Atlas:) Spotkałam po drodze swojego pierwszego afrykańskiego wielbłąda:) Wczorajsze wejście na 2500m n.p.m. to był lekki hardcore - szlaki w większości nieoznakowane i dość ciężkie ze względu na obsuwające się masowo kamienie. W Maroko mieszkają ludy bezprawia - Berberowie. Dużo z nich spotkałam wczoraj w czasie górskiej wędrówki. Domostwa z kamieni na skałach, pasterze i ich chatki - cisza, spokój, oddalenie. Po zejściu z gór dostałam zaproszenie od Mohameda do jego rodziny, by zjeść tam typowo marokańsko-beryberyjski posiłek. Kuskus wegetariański nie ma porównania do tego z Marrakeszu, a wegetariańska wersja hariry to od wczoraj moja ulubiona zupa! Dziś zrobiłam sobie leniwy dzień - spacer po miasteczku, foto, internet:) Wszyscy zagadują, zapraszają na herbatkę:)Berberowie chyba też już poznali smak zarobków na turystach, choć można spotkać też takich, dla których turyści są jak powietrze - co tu, w Maroko, aż zadziwia:) Mieszkam teraz w Imlil, w berberyjskim gitesie na wysokości 1700m n.p.m. Już jutro rano uderzam w stronę miasta, chyba Warzazat:) Dodaję foty - na ostatniej Mohamed i Ahmed, Mohamed częstuje miętowo-ziołową herbatką:) Aha - "MAłE RUDE WRóć!!!" - HEHE, Gosias, dzięki! :-*
piątek, 16 listopada 2007
Bujanie w obłokach - znaczy Wizzard&Ryanair rządzi:) i już Marrakeszu czar:) Samo słowo ma w sobie magię... Marrakesz! Marrrrrrra Keszz:) Tłumnie, głośno, kolorowo, pachnąco - czyli to, co lubią tygryski;) Labirynty ulic - mrrr... Teraz kafejka przy Dżama El Fna - słychać i widać przez okna bębny, światła, dym... Że mnie tu wcześniej nie było, to się dziwię:) Jutro chyba wypad na weekend w góry Altas, więc następny wpis i foty w poniedziałek:) Obiecuję więcej fot - teraz w rytm bębnów sobie podskakuję i aż ciężko tu siedzieć:) Trzymajcie się i dzięki za komenty:) Trwaj chwilo!:)
piątek, 09 listopada 2007
Blog ruszy ok. 16 listopada:) Będę pisać tu o swoich podróżach - o magii podróży i bycia:) Zacznę od Afryki, od Maroko, bo właśnie tam jadę za kilka dni. W sumie bez celu i ograniczeń czasowych, choć na początku przyszłego roku ruszę już chyba do Azji.Indie, ach! To jest ta magia życia - że można wszystko! Może z czasem dorzucę jakieś relacje i foty z poprzednich podróży. A więc... Do zobaczenia:) Już niedługo:) Betatka